Edycja 2008

Edycja 2008

14 czerwca 2008 roku, zbliża się godzina piętnasta.
Końcowy etap przygotowań do dzisiejszych występów podczas Finału 4. Festiwalu Zaczarowanej Piosenki im. Marka Grechuty trwał od tygodnia. W ciągu tych siedmiu dni, pod okiem Joanny Lewandowskiej i Radka Kiszewskiego, niepełnosprawni piosenkarze uczestniczyli w warsztatach wokalnych, pracowali od rana do wieczora, czasami dłużej. Wykonali kawał solidnej roboty. Wszystko po to, by krakowskiej publiczności i telewizyjnej widowni zaprezentować się jak najlepiej; wypaść też równie dobrze w ocenie jury.


Dwunastka wspaniałych i utalentowanych – tak oceniło ich jury Festiwalu



Halinka Mlynkova i Ania Kobyłecka podczas warsztatów wokalnych poprzedzających festiwalowy Finał

Zbigniew Hołdys: Niektórzy niepełnosprawni wokaliści zaprezentowali się tutaj rewelacyjnie! Gdyby ten koncert miał miejsce w Stanach Zjednoczonych, natychmiast byliby zwerbowani przez jakieś szajki producenckie i wykreowani na idoli dzieci albo młodzieży. Jedna dziewczyna pokazała tu coś, co jest darem Boskim: ma swingujący głos z kolosalnym, nieprawdopodobnym wyczuciem rytmu. To jest coś takiego, co posiada Justin Timberlake, Stevie Wonder, Michael Jackson, czyli wybrańcy, ludzie, którzy pulsują własnym głosem jak perkusją.

Na pół godziny przed rozpoczęciem koncertu telewizyjne ekipy są już w pełnej gotowości. Artyści również. Mateusz Dzieduszycki, reżyser projektu, daje ostanie wskazówki operatorom kamer, porozumiewa się z wozami transmisyjnymi Telewizji Polskiej, co jakiś czas zerka na monitor ustawiony przy swoim stanowisku, sprawdza nagłośnienie. Prowadzący koncert: Anna Dymna, Zbigniew Zamachowski i Maciej Stuhr siedzą na schodach przy wejściu na estradę. Pochyleni nad komputerowymi wydrukami, w skupieniu, porozumiewając się półgłosem dopracowują szczegóły konferansjerki, nanoszą w scenariuszu ostatnie poprawki. Wokół czuć atmosferę narastającego napięcia. Próby już się zakończyły.


Reżyser Mateusz Dzieduszycki dopracowywał każdy szczegół telewizyjnego nagrania;
na zdjęciu z Klaudią Mikinią

Przy wojskowych namiotach ustawionych za estradą robi się coraz tłoczniej. W tłumie wolontariuszy z Fundacji „Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy”, „Mimo Wszystko” oraz banku Citi Handlowy, ochroniarzy, żołnierzy, dziennikarzy, fotoreporterów oraz obsługi technicznej widać już Kasię Cerekwicką, Halinkę Mlynkovą, Andrzeja Sikorowskiego, Szymona Wydrę, Natalię Kukulską, Grzegorza Markowskiego. Niektórzy dziennikarze usiłują przeprowadzić z nimi wywiady, ale gwiazdy grzecznie odmawiają. Pozwalają się tylko fotografować. Twierdzą, że muszą skoncentrować się na występie, że mają wielką tremę, bo biorą udział w widowisku niezwykłym, którego z żadnym festiwalem nie da się porównać. W ich głosie nie słychać kokieterii.
– „Czerwonych korali” pięć lat już chyba nie śpiewałam – Uśmiecha się delikatnie Halinka Mlynkova, obejmując ramieniem jedną ze swoich dzisiejszych partnerek, 16-letnią Annę Marię Kobyłecką. – Tremę mam ogromną, ale wspólnie damy sobie radę. Prawda? – Piosenkarka całuje policzek dziewczynki.

Skupieni są także główni bohaterowie koncertu – dwunastka finalistów Festiwalu. Kilkoro z nich brało udział w poprzednich edycjach konkursu, znają już smak rywalizacji. Wiedzą, że łatwo nie jest, bo podczas tej imprezy taryf ulgowych nie ma. Dla jurorów liczą się wyłącznie głos oraz wyrazistość sceniczna. Niczego pewnym być nie można. Wie o tym Zuzia Osuchowska. Dwa lata temu dostała się do finału konkursu, ale w ubiegłym roku odpadła z rywalizacji już podczas półfinałów. Przeżyła rozczarowanie. Schodząc ze sceny w amfiteatrze warszawskich Łazienek Królewskich, gdzie koncert półfinałowy odbywa się co roku, miała w oczach łzy. Od lat pracuje przecież nad głosem, uczy się w szkole muzycznej, ma na koncie wiele wygranych festiwali, a tu taka klapa. Tamta przegrana mocno ja zaskoczyła. Nie poddała się jednak. W tym roku praca Zuzi dała efekt. 14-latka znowu przeszła półfinałową selekcję. Dzisiaj w koncercie na Rynku występuje więc ponownie, tak samo jak Łukasz Baruch-Skoniecki, Iwona Pierzchała i Ela Kuzio. Nie wiadomo zresztą, czy lepiej jest dostać statuetkę Zaczarowanego Ptaszka, czy też jej nie otrzymać. Wygrana w Festiwalu Zaczarowanej Piosenki pozbawia bowiem możliwości uczestniczenia w kolejnych edycjach imprezy. Tymczasem – jak twierdzą ci, którzy kilkakrotnie brali udział w konkursie – sam występ w festiwalowym finale jest ogromną frajdą, kto wie, czy nie lepszą od tej, którą przynosi wygrana.


Głos Zuzanny Osuchowskiej (na zdjęciu z Grzegorzem Markowskim) przypomina brzmienie Justina Timberlake'a albo Michaela Jacksona – orzekł juror Zbigniew Hołdys

Andrzej Sikorowski: Cieszę się ogromnie, że tutaj jestem. Nie ma dla mnie żadnego znaczenia, że ktoś nie widzi albo porusza się o kulach. Ważne, żeby dobrze śpiewał, a wykonawcy tego festiwalu śpiewają znakomicie. Prawdziwe predyspozycje do śpiewania siedzą przecież w gardle, uszach i duszy. Reszta jest nieistotna. Poza tym kariery muzycznej nie trzeba wiązać z wyczerpującymi fizycznie trasami koncertowymi. Są inne możliwości: radio, nagrania fonograficzne. Myślę, że ten festiwal osoby niepełnosprawne powinny traktować jako pierwszy krok do kariery muzycznej. Bez zbytniej ekscytacji, bo przecież każdy, nawet najbardziej uzdolniony artysta musi mieć też swój repertuar. Nie może tylko odtwarzać piosenek innych wykonawców.

W dwóch kategoriach wiekowych – solo i w towarzystwie profesjonalistów – niepełnosprawni wokaliści będą dzisiaj walczyli nie tylko o statuetki Zaczarowanego Ptaszka, ale także o roczne stypendia Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowy. Za kulisami, tak samo jak gwiazdy, również oni odmawiają dziennikarzom wypowiedzi. Szukają wyciszenia. Niektórzy zasłaniają dłońmi uszy, powtarzają półgłosem teksty swoich piosenek. Chyba najbardziej zdenerwowana jest Agnieszka Rejtczak. Gdy śpiewała piosenkę podczas półfinałów w Łazienkach, zamilkł podkład muzyczny. Dziewczyna wahała się wtedy, czy zejść ze sceny, czy na niej pozostać i dokończyć utwór a capella. Zachowała się profesjonalnie – wybrała drugie rozwiązanie. Zdaniem jury, w półfinałach wypadła świetnie. Podczas dzisiejszego śniadania w hotelu, Agnieszka zaznaczyła jednak, że takiej niespodzianki, jaka spotkała ją w półfinałach, wolałaby już nie przeżywać. Teraz, podobnie jak jej konkurenci, co chwilę przykłada palce do skroni, usiłuje maksymalnie skoncentrować się na występie.


Ostatnia próba przed koncertem: Kasia Cerekwicka i Agnieszka Rejtczak

W tłumie przy namiotach widać też Wiesławę Stolarczyk, zwyciężczynię pierwszej edycji Festiwalu Zaczarowanej Piosenki z roku 2005, Łukasza Żelechowskiego i Krzysztofa Szymaszka, laureatów konkursu sprzed dwóch lat. Są też ubiegłoroczne zwyciężczynie imprezy: Justyna Adamska oraz Karolina Sawka, a także pozostali członkowie powiększającej się z roku na rok rodziny Zaczarowanego Praszka: Andrzej Brandsttater z Fundacji „ProArtis”, Rafał Fusiek i Marcin Tytko. Jak mówią, przyjechali na Rynek, by dopingować tegorocznych finalistów i chłonąć niezwykłą atmosferę zaczarowanej piosenki. W dającym się wyczuć napięciu przed początkiem koncertu jedynie Irena Santor zdaje się zachowywać stoicki spokój. Z uśmiechem i wielką elegancją opowiada przedstawicielom mediów o idei imprezy.
– Jestem ogromnie wdzięczna Ani Dymnej za to, że przed czterema laty zaprosiła mnie do tego cudownego świata – podkreśla Pierwsza Dama Polskiej Piosenki. – Ci z państwa, którzy byli na Rynku w poprzednich latach, widzą to: poziom naszego Festiwalu podnosi się z roku na rok. I cóż… Może będzie to impreza międzynarodowa. Dałby Bóg. Nasi niepełnosprawni wokaliści naprawdę mają ogromny talent. Należałoby ich otoczyć profesjonalną opieką. Marzę o tym, by występowali podczas „Opolskich Debiutów”.

Z minuty na minutę na płycie Rynku robi się coraz tłoczniej i kolorowo. Los artystom sprzyja. Pomimo że prognozy zapowiadały niepogodę, w Krakowie świeci delikatne słońce. Nad głowami publiczności przesuwa się wysięgnik z kamerą. Wielu ludzi wstaje od stolików ustawionych w kawiarnianych ogródkach wokół Rynku. Podchodzą do barierek otaczających scenę. Niektórzy pytają, co to za impreza, kto bierze w niej udział, czy można zrobić sobie zdjęcie z Anną Dymną albo pozostałymi gwiazdami. Inni wiedzą doskonale, że dzisiaj odbywa się kolejny Finał Festiwalu Zaczarowanej Piosenki im. Marka Grechuty, który organizuje Fundacja „Mimo Wszystko”. Opowiadają o poprzednich edycjach imprezy, wymieniają nawet z pamięci uczestników tamtych finałów oraz towarzyszące im gwiazdy. Z zaciekawieniem spoglądają na ogromny telebim. Widać na nim migawki z tegorocznych festiwalowych półfinałów.


Prognozy przepowiadały deszcz, ale radosny śpiew na Rynku przeganiał burzowe chmury

Grzegorz Markowski: Kiedy Ania do mnie zatelefonowała, zgodziłem się na występ od razu, bez żadnych warunków i wymagań. Niczego nie chcę, nawet żeby mi hotel płacili. Czuję się tu świetnie. Cieszę się, że występując z tymi wspaniałymi wokalistami, pomagam im dawać światu sygnał, że na komercji świat się nie kończy, że mają talent, który ludziom może dać wzruszenie. Przyjechałem tutaj służebnie wykonać to, do czego wewnętrznie czuję się zobowiązany. Uważam, że Darek, z którym śpiewałem, wykonał utwór w pełni zawodowo. Wielu uznanych wokalistów nie zaśpiewałoby tego utworu tak jak on. On ma wspaniały głos. Nie musi posługiwać się tymi wszystkimi urządzeniami, dzięki którym kreuje się współczesne gwiazdy jednego sezonu.

– A Michał Wiśniewski będzie dzisiaj śpiewał? – młoda dziewczyna pyta wolontariusza w jasnozielonym podkoszulku z logo Fundacji „Mimo Wszystko”.
– Nie będzie – odpowiada tamten..
– Czemu? Przecież Michał jest świetny!
– Regulamin konkursu na to nie pozwala – tłumaczy wolontariusz. – Dana gwiazda może w tym festiwalu występować tylko raz, a Michał Wiśniewski już tu śpiewał.

Jako pierwszy na miejscach dla jurorów zasiada Zbigniew Hołdys. Po chwili zjawiają się pozostali: Elżbieta Zapendowska, Ewa Błaszczyk, Danuta Grechutowa, Jan Kanty Pawluśkiewicz, Jacek Wójcicki i Zbigniew Preisner. 

– To znakomite grono mogłoby oceniać światowe festiwale wokalne najwyższej rangi – zauważa jeden z warszawskich dziennikarzy radiowych.


Ten skład jury mógłby oceniać największe festiwale wokalne na świecie – twierdzili niektórzy dziennikarze

 


Danuta Grechutowa, Jacek Wójcicki i Jan Kanty Pawluskiewicz

 


Ewa Błaszczyk i Elżbieta Zapendowska

Jan Kanty Pawluśkiewicz: Mistrzostwo wokalne polega na tym, że ,mimo iż piosenkarz bardzo ciężko pracuje na próbach, to na scenie tego trudu nie widać: widownia słyszy wszystko lekko i pięknie. I z czymś takim mamy do czynienia na tej scenie. Niepełnosprawni wokaliści ciężko pracują, by wypaść tutaj jak najlepiej. Niestety, wiele polskich festiwali wygląda dzisiaj tak, że osoby w nich występujące nie mają pojęcia, co śpiewają. Tutaj natomiast widać i słychać, że artyści rozumieją to, co robią.

– Proszę pana, proszę pana! – Wyraźnie podekscytowana Justyna Adamska, ubiegłoroczna laureatka Festiwalu Zaczarowanej Piosenki, słysząc obok siebie głos Jana Kantego Pawluśkiewicza, chwyta za łokieć czterokrotnego jurora Festiwalu Zaczarowanej Piosenki. – Proszę pana, proszę pana – powtarza coraz głośniej, nie puszczając przedramienia mężczyzny. – Mam do pana taką wielką prośbę, poradzić się chciałam… Tylko proszę o szczerą odpowiedź…
– A z nagrywania ubiegłorocznych kolęd dla telewizji mnie pamiętasz? – autor „Szalonej Lokomotywy” i „Nieszporów Ludzimierskich” wchodzi w zdanie niewidomej dwudziestolatce, która teraz mocno przytula się do niego.
– Jasne, że pamiętam! – Na twarzy dziewczyny pojawia się szeroki uśmiech. – Pan jest taki fajny… Właśnie dlatego poradzić się chciałam. Bo, widzi pan, jeżdżę na różne lekcje śpiewu, każdy z moich nauczycieli udziela mi innych rad: a to, że taki repertuar mam ćwiczyć, a to, że inny, a to, że mam takie albo inne predyspozycje wokalne… Chodzi o to, że nie wiem, co mam robić, bo te opinie często sobie zaprzeczają.
– Powiem ci tak, Justynko – odpowiada z powagą Jan Kanty Pawluśkiewicz – słuchaj tych wszystkich rad, bierz je pod uwagę i żadnej nie lekceważ, ale tak naprawdę stosuj się przede wszystkim do tego, co podpowiada ci serce. Sama kombinuj, miej do siebie zaufanie. Przecież nie byłoby cię tutaj, gdybyś nie czuła tego, co śpiewasz.
Justyna jest uradowana odpowiedzią. Przytula się do mężczyzny jeszcze mocniej.
– Tak właśnie myślałam – uśmiecha się szeroko. – Bardzo, bardzo panu dziękuję.
– Oni nad sobą pracują – mówi do stojącej obok dziennikarki Jan Kanty Pawluśkiewicz, gdy Justyna odchodzi razem ze swoją mamą. – W tych niepełnosprawnych wokalistach jest ogień i talent. Należałoby o nich zadbać, bo to są skarby. Ich poziom wokalny co najmniej zdumiewa. Oczywiście nie reprezentują jeszcze wokalnej ekstraklasy, ale zdolności mają profesjonalne, lepsze od tych wszystkich krzykaczy, których słychać w radiu albo telewizji.


„Już po raz czwarty rzucamy na was czar! Niech żyje piosenka! ”– wołała do publiczności Anna Dymna w towarzystwie Ireny Santor i Macieja Stuhra

Punktualnie o 15.00 z estrady pod Ratuszem rozbrzmiewa hymn Festiwalu Zaczarowanej Piosenki im. Marka Grechuty. Zatytułowany jest „Assa Tadarassa”. Wykonuje go zespół Radka Kiszewskiego – „Kameleon”, który towarzyszy konkursowi i jego uczestnikom od pierwszej edycji. Po chwili na scenie pojawia się Irena Santor, Anna Dymna, Zbigniew Zamachowski i Maciej Stuhr. Rozlegają się brawa. Artyści, jak zwykle, ciepło witają krakowską publiczność.
– Zaczynamy! – obwieszcza Anna Dymna. – Już po raz czwarty rzucamy na was czar! Niech żyje piosenka! Przywołajmy ją wszyscy razem!
Na telebimie ukazuje się krótki film przedstawiający rozmowę Anny Dymnej z pierwszą finalistką. Jest nią 15-letnia Ola Pozorska z Dąbrowy Górniczej. Dziewczynka opowiada aktorce o tym, że ma genetyczne zwyrodnienie siatkówki centralnej i obwodowej Stargardta, że z dnia na dzień traci wzrok. Po chwili pojawia się na scenie w towarzystwie Kasi Cerekwickiej. Śpiewa z nią „Zostań”, następnie samodzielnie wykonuje utwór z repertuaru Kayah „Na językach”.

Halinka Mlynkova: Wiem, że to egoistyczne wyznanie. Przyznam jednak, że mam ogromną satysfakcję biorąc udział w Festiwalu Zaczarowanej Piosenki. Na tej imprezie czuć energię. Zadowolenie moje jest tym większe, że osoby, z którymi śpiewam są doskonale przygotowane. Idea jest wspaniała. Wokaliści tutaj występujący, jeśli chcą śpiewać, muszą jednak pamiętać, że wiele zależy od nich samych. Jeśli ma się pasję, należy ją realizować, podejmować działania. Nie można tylko czekać, trwać w marzeniach i liczyć na to, że takie czy inne sprawy załatwią za nas inni.


Halinka Mlynkova i Ania Kobyłecka zaśpiewały wspólnie przebój „Czerwone korale”

Drugą finalistką kategorii dziecięcej jest niewidoma 11-letnia Klaudia Mikina z Kazimierzy Wielkiej. Podczas prezentacji na telebimie dziewczynka opowiada Annie Dymnej, że boi się zwierząt, nawet psa na swoim podwórku, bo – jak tłumaczy aktorce – ten pies jest „dzikowaty”. Mikrofonu się jednak nie obawia, bo mikrofon „dzikowaty” nie jest. Na scenę wprowadza Klaudię Natalia Kukulska. Śpiewa z nią „Pół na pół”, solo dziewczynka wykonuje „O mnie się nie martw” z repertuaru Katarzyny Sobczyk.


Natalia Kukuska i Klaudia Mikinia w piosence „Pół na pół”

Kolejny finalista w kategorii dziecięcej, 13-letni Grzegorz Batóg, podczas wyświetlanej rozmowy na telebimie, mówi Annie Dymnej, że ma dwa marzenia: chciałby być antyterrorystą i posiadać perkusję. Wokalistą też chciałby zostać. Na estradzie, wspólnie z Szymonem Wydrą, prezentuje utwór „Teraz wiem”. Następnie, bez pomocy gwiazdy, śpiewa „San Francisco” „Golec uOrkiestry”.
– Grzesiu! Buduj szybko ten bank. Ale proszę, nie zamieniaj Krakowa w San Francisco! Tu są piękniejsze dziewczyny! – podsumowuje występ Anna Dymna.


Rockowy duet – Szymon Wydra i Grzegorz Batóg

Zuzannę Osuchowską wprowadza na estradę Grzegorz Markowski.
– Zuziu kochana! – mówi do 14-latki Anna Dymna. – Wiesz, że dziś jest magiczny dzień? Brak ci czasami przyjaciół? Dziś masz ich tutaj tysiące! Prawda? Dajcie brawami znak! – aktorka zwraca się do publiczności, która natychmiast reaguje gromkimi oklaskami. Niewidoma od urodzenia dziewczynka śpiewa z Grzegorzem Markowskim „Kołysankę dla nieznajomej”. Następnie wykonuje „Oczy tej małej” Anny Szałapak. Śpiewa z nią cały Rynek, również członkowie jury.
– Zuziu! – mówi Anna Dymna, gdy dźwięki utworu dobiegają końca. – Powtarzam za tobą: „Taki co kochać nie umie, przegra, choć wszystko rozumie!”
Maciej Stuhr dodaje:
– A my dziś mamy wygrywać! Więc kochajmy się!!!
Anna Maria Kobyłecka z Bielska-Białej rozgrzewa widownię w towarzystwie Halinki Mlynkovej. Śpiewają „Czerwone korale”. Potem 16-latka wykonuje nostalgiczny „Jego portret” z repertuaru Bogusława Meca.
Ostatnim wykonawcą w tej kategorii wiekowej jest 14-letni Robert Rumak z miejscowości Widełka. Jego marzeniem jest, by wszystkie dzieci były zdrowe. Chciałby też pojechać do Ameryki, by poznać wspaniałych wokalistów i stać się jednym z nich.
– To jest dzień, w którym niektóre marzenia się spełniają – mówi do nastolatka Maciej Stuhr. – Za chwilę będziesz prawdziwym piosenkarzem, zaśpiewasz z całym krakowskim Rynkiem i na pewno wiele chorych dzieci uśmiechnie się, gdy będziesz śpiewał.
Wspólnie z Andrzejem Sikorowskim, Robert śpiewa „Nie przenoście nam stolicy do Krakowa”, solo – utwór Czesława Niemena „Płonie stodoła”.


Robert Rumak spełnił swoje wielkie marzenie i... zwyciężył w Festiwalu

Czas na werdykt po pierwszej części imprezy. Na scenę wchodzi Ewa Błaszczyk, przewodnicząca jury. Odczytuje listę zwycięzców. Pierwsze miejsce zajął Robert Rumak, drugie – Zuzanna Osuchowska, trzecie – Klaudia Mikina. Na twarzach laureatów widać ogromną radość. Anna Dymna wręcza im statuetki Zaczarowanego Ptaszka. Publiczność po raz kolejny nagradza zwycięzców głośnymi brawami. Następnie Witold Zieliński, wiceprezes Zarządu banku Citi Handlowy przekazuje laureatom roczne stypendia ufundowane przez Fundację Kronenberga przy Citi Handlowy. Robert co miesiąc będzie otrzymywał dwa tysiące złotych, Zuzi wręczono czek na dziesięć tysięcy zloty, Klaudii – na pięć. To jednak nie koniec zmagań. Po krótkiej przerwie rywalizację rozpoczynają dorośli. W ich gronie spore obawy ma Dariusz Tabiś. Mówi, że podczas próby nie przećwiczył utworu z Grzegorzem Markowskim, więc pewnie zje go trema. W chwili, gdy dzieli się z dziennikarzami swoimi rozterkami, rękę na ramieniu kładzie mu uśmiechnięty wokalista „Perfectu”.
– Darek, będzie dobrze – mówi. – Wiem, że grasz na gitarze i niejeden festiwal już wygrałeś. Nie martw się, stary, bo ja też mam tremę. Nie ma powodu do niepokoju. Razem na pewno przez to przejdziemy.


Rodzina Zaczarowanego Ptaszka powiększa się z roku na rok

 


Oba koncerty ściągneły na krakowski Rynek tłumy widzów

Radosław Kiszewski: Jest dla mnie wielkim szczęściem, że od czterech lat pracuję z wokalistami Festiwalu Zaczarowanej Piosenki. Przyjemność tej pracy polega również na tym, że ci ludzie są naprawdę bardzo zdolni – są jak klejnoty, które należy tylko delikatnie oszlifować. Wspólnie z całym zespołem pomagamy im odnaleźć własną osobowość artystyczną. Szkoda, że polski rynek muzyczny jest jeszcze właściwie w powijakach i, co tu dużo mówić, bezwzględny. Myślę, że ten Festiwal przełamuje pewne bariery, przede wszystkim w myśleniu. Od tych młodych ludzi można się uczuć muzycznej świeżości, stosunku do śpiewania, czegoś, co nie zawsze spotyka się na tak zwanym profesjonalnym rynku.

Krótka przerwa pozwala dziennikarzom zasięgnąć opinii jurorów.
– Gdybyśmy żyli w normalnym kraju, to ci ludzie natychmiast byliby rozchwytywani przez wytwórnie płytowe albo stacje telewizyjne – mówi o uczestnikach finału Zbigniew Hołdys. – Dysfunkcje fizyczne żadnego znaczenia w śpiewaniu nie mają. Ten świat zna przecież perkusistę bez ręki. Uważam na przykład, że Zuzanna Osuchowska jest wokalistką w pełni gotową do występów na profesjonalnej scenie muzycznej. Oczywiście biorę pod uwagę młody wiek uczestników konkursu. Z upływem lat wszystko się zmienia. Ci młodzi ludzie mogliby jednak występować chociażby prowadząc telewizyjne programy dla dzieci.

„Assa Tadarasaa” rozbrzmiewa po raz kolejny. Na estradę z Anną Dymną wchodzi Zbigniew Zamachowski.
– „Zadaniem każdego człowieka jest być twórcą własnego życia, człowiek ma uczynić z niego arcydzieło sztuki”, to słowa Jana Pawła II – mówi aktorka. Towarzyszący jej aktor cytuje słowa piosenki Szymona Wydry:
– „Nie rezygnujmy ze swych marzeń… A nasze życie będzie jak poemat!”.
Na estradzie, w towarzystwie lidera zespołu „Carpe Diem”, pojawia się Iwona Pierzchała. Wspólnie śpiewają „Życie jak poemat”. Następnie słabowidząca 25-letnia absolwentka Wydziału Pedagogiki Specjalnej wykonuje „Niech żyje bal” z repertuaru Maryli Rodowicz.
Na telebimie kolejny film, rozmowa Anny Dymnej z 30-letnią Agnieszką Rejtczak:
– Agnieszko, jaka ty jesteś?
– No jestem cholerykiem.
– Tak? Nie wyglądasz.
– To prawda, jestem cholerykiem, jestem uparta.
– Ale to chyba dobrze, nie?
– Chyba tak.
– Bo ty jesteś po porażeniu mózgowym i tak pięknie jesteś zrehabilitowana, to chyba dużo uporu trzeba było?
– Eee, to dzięki rodzicom, dziadkom.
– Co jest dla ciebie najważniejsze w życiu?
– Pomaganie innym, życzliwość i troska.
– A kiedy to zrozumiałaś?
– Mój tata trafił do szpitala i musiałam tacie pomagać. Musiałam wszystko przy tacie robić. Od golenia po karmienie.
– A teraz komuś pomagasz?
– Koleżance tam ode mnie z pracowni, z gośćcem złośliwym. Nie może nic robić, więc jej pomagam.
Agnieszka pojawia się na scenie z Kasią Cerekwicką. Śpiewają „Na kolana”. Potem ze sceny płynie „Od nocy do nocy” z repertuaru Haliny Kunickiej”.


Łukasz Baruch-Skoniecki zaczarował publiczność pięknym duetem z Natalią Kukulską

– „Ty kochaj mnie od nocy, do nocy aż po noc ”. Niech każdy dziś szepnie komuś te słowa i niech się spełnią – mówi do publiczności Anna Dymna, gdy Agnieszka i Kasia schodzą ze sceny.
28-letni Łukasz Baruch-Skoniecki wykonuje z Natalią Kukulską „Im więcej ciebie, tym mniej”, a potem – solo – „Moją miłość największą” z repertuaru Michała Bajora. Po nich na scenie pojawia się Dariusz Tabiś z Grzegorzem Markowskim. Kiedy śpiewają „Chcemy być sobą”, wtóruje im cały Rynek. Brawa nie po raz pierwszy dobiegają także z kawiarnianych ogródków. Darek uwielbia twórczość „Dżemu”. Solo wykonuje więc „List do M.”.


„Chcemy być sobą!” – Grzegorz Markowski i Dariusz Tabiś

17-letnia Elżbieta Kuzio śpiewa z Halinką Mlynkovą „W kinie w Lublinie”. Następnie – „Jest taki samotny dom” „Budki Suflera”. Po niej na scenie pojawia się ostatnia finalistka. Jest nią 19-letnia Agnieszka Łozińska. Razem z Andrzejem Sikorowskim śpiewa „Bardzo smutną piosenkę retro”. Wykonuje też przebój Ireny Jarockiej „Odpływają kawiarenki”.


Andrzej Sikorowski i Agnieszka Łozińska

 


Iwona Pierzchała jest absolwentką pedagogiki, pracuje w szkole specjalnej, teraz chce urzec śpiewem świat (na zdjęciu z Anną Dymną, Zbigniewem Zamachowskim i najmłodszą córką aktora, Bronią)

Elżbieta Zapendowska: Pierwszy raz jestem na tym festiwalu i przyznam, że mnie oczarował. Ania Dymna zaczarowała Rynek. Słyszałam tu wiele utalentowanych osób. Ale Polska to dziwny kraj, tu nie wybiliby się nawet Petrucciani czy Stevie Wander. Nie słyszałam, by w świecie muzyki zaistniała u nas jakaś osoba niepełnosprawna, nie wyłączając instrumentalistów. Ale po to jesteśmy, żeby zmieniać ten świat. Myślę sobie, że sprawimy wreszcie, by któraś z osób tutaj występujących pojawiła się na profesjonalnej estradzie. W głosowaniu jury oddałam swój głos w pełni odpowiedzialnie i świadomie, właśnie po to, by zmieniać ten świat.

Po chwili na estradzie pojawia Ewa Błaszczyk. Informuje, że ze względu na wysoki poziom wokalny finału w kategorii dorosłych, nie przyznano trzeciego miejsca. Za to dwóch laureatów otrzymało miejsca drugie ex aequo. Są nimi Elżbieta Kuzio i Agnieszka Łozińska. Zwyciężył Dariusz Tabiś. Laureaci otrzymują statuetki, a następnie nagrody pieniężne.
Schodząca z estrady Maria Grechutowa, pytana o wrażenia, odpowiada dziennikarzom: „Mój mąż, widząc to wszystko, byłby szczęśliwy. Marek by się cieszył”.
Halinka Mlynkova zdejmuje czerwone korale i wkłada je na szyję Elżbiecie Kuzio.
– Ten prezent ma ci zawsze przypominać nasz dzień – mówi do laureatki 4. Festiwalu Zaczarowanej Piosenki im. Marka Grechuty.


Dla laureatów roczne stypendia ufundowane przez Fundację Kronenberga: I m. – 24000 zł, II m. – 10000 zł, III m. – 5000 zł

Po zejściu ze sceny Dariusz Tabiś długo nie może nic powiedzieć. Jest zaskoczony i oszołomiony.
– Nie wierzę – mówi w końcu dziennikarzom. – Kiedy usłyszałem Elę Kuzio, byłem pewny, że to ona zwycięży. Siebie nie brałem pod uwagę. Nie miałem przecież nawet próby z Grzegorzem Markowskim. Ale mimo to, jak Grzegorz do mnie podszedł i zaczął ze mną rozmawiać, od razu mnie wyluzował. Świetny człowiek, mówię wam! Nie pytajcie o nagrodę. Nie wiem jeszcze, co z nią zrobię. Na pewno wydam pieniądze sensownie.

 


A
A+
A++
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Wstecz